Historia mojego życia ( dogoniła mnie i w Australii )
14.05.11 :: 00:18 take it while it's hot! (2)
Pewnie za pare miesięcy, będę czuła się nieswojo wiedząc, że może to przeczytać osoba, która na coś tak przykrego nie zasługuje. Ale miejmy nadzieję, że nie. Że nie będzie tej fatalnej pomyłki ZNOWU. Nie tak prędko przynajmniej.
Co by nie mówić, ile by nie płakać (szczęśliwie, pora 'deszczowa' trwa coraz krócej - może właśnie po to to wszystko, dla ćwiczenia opanowania?) cieszę się, że za kazdym razem nabieram parę milimetrów pancerza. Troche więcej samopostanowień, żeby być sielniejszą, 'wyżutą' z uczuć (tak rozlazłych i ciepłych, widocznie odstraszjących chłopów), żeby mężczyznom było mnie mało. Chyba do tego dążyć muszę. Może po to te wszystkie niepowodzenia coraz bliżej celu, zobowiązania, pierścionka, żeby coraz więcej wylało się, i dopasowało do miarki, która przeznaczona jest zwykłemu (dobremu) mężczyźnie.
Żeby się nie zachłysnął.
Dla własnego dobra.
Żeby miłości nie było za dużo.
Żeby w sam raz.. przynajmniej z mojej strony.
I na ile może kochać on - niech kocha.
I nie - nie wydzielając cząstkę miłości którą już używa w stosunku do matki, tylko żeby wyprodukował nową, na jej podstawie, pełną szacunku.
Takie to dziwne? Kobietom może się podobać sponiewieranie na 'niby'
np. w łóżku, kiedy wie, że w rzeczywistości jest zupeeełnie inaczej;
kiedy właśnie ta różnica jest tak ogromna, że aż adekwatna do ogromu miłości, o tyle może się to podobać.
I jakkolwiek rozstanie nigdy nie może być przyjemne, tak może być pełne szacunku.
Można to zrobić.
Da się.
Trzeba tylko nie być bałwanem.